Hebius pisze: ↑20-12-2025 14:12:32
Dużo bierzesz za noc? Nie będzie problemu ze znalezieniem klienta na wyjeździe?
a po wafla ten przytyk? jak jedziesz do innego miasta to mozesz sie umowic od razu na randke, tak wiem niektiorym to nie przyjdzie do glowy ze randka moze oznaczac seks zostanie u kogos lub w hotelu na noc jesli jest sie zapraszajacym i zwyczajnie wychodzi to taniej niz jechac na sztuke i na randke oddzielnie
dla mnie jestes od teraz zwyczajnym chamem ktory pozwala sobie na przytyki pewnie nie mogac zniesc tego ze ktos ma innym sposob na zycie
tak lubie seks i nie zamierzam czuc sie z tego powodu winny
czułbym się normalnie moralnie zmiażdżony, na szczęście chamstwo mnie chroni lepiej niż pancerz rycerzy pod Grunwaldem
Zależy w stosunku do kogo.
W stosunku do Achima to pewno mało.
W stosunku do przeciętnego Polaka - 10 to więcej niż przeciętny Polak jest w całym życiu
Jutro będzie nowy, długi dzień. Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.
(Tove Jansson, "Tatuś Muminka i morze")
No to ostatnia, 24. wizyta w teatrze w tym roku. Średnio 2 razy w miesiącu, ale wyjąwszy wakacje nawet 2,5 na miesiąc.
Na koniec roku został najlepszy moim zdaniem musical (i muzycznie, i w warstwie znaczeniowej: Cabaret reż. K. Jasiński, Teatr STU, Kraków
Jakoś trudno mi było wyobrazić sobie Cabaret na tak małej scenie, zwłaszcza z moim zamiłowaniem do zespołów baletowych i dużych choreografii, oczywiście w wykonaniu atrakcyjnych tancerzy. Okazuje się jednak, że nawet siódemka aktorów jest w stanie zagrać, zaśpiewać i zatańczyć ten musical w sposób budzący zachwyt.
Fajne muzycznie przedstawienie, choć oparte nie o całą orkiestrę a jedynie mały zespół. Do tego świetne partie śpiewane. Spójnie opowiedziana cała historia, bez skrótów. Ale jak to możliwe z tak skąpą obsadą? Na otwarcie, w prezentacji dziewczyn z kabaretu pojawiają się cztery postaci i są to aktorki grające w dalszej części Sally, Fräulein Kost i Fräulein Schneider (Beata Rybotycka). Czwartą - Helgę - gra Marcin Zacharzewski, grający też Ernsta i małpę. Największą robotę robi jednak Dominik Mironiuk (to rola dublowana, akurat wczoraj grał pan Dominik) jako Emcee. Widziałem już kilku konferansjerów, ale takiego ognia jeszcze nie. Bardzo niegrzecznie ubrany (często bardzo skąpe body lub same stringi) i równie niegrzeczny w zachowaniu, prowokuje nieustannie obłapiając nie tylko aktorów ale i facetów na widowni. Publiczność właśnie nim najbardziej zachwycona, zasłużonym owacjom nie było końca. Niesamowite wrażenie robi też scena, gdy w całkowitej ciemności odtwarzane jest przemówienie Hitlera a tuż po nim Bąkiewicza w akompaniamencie wrzeszczących narodowców. Warto.
„Cafe Luna“
Teatr KTO w Krakowie.
Spektakl sylwestrowy.
I inspiracji filmami Almodovara, bardzo w Jego klimacie i z piosenkami z filmów Mistrza Anna Burzyńska/ autorka/ i Józef Opalski/ reżyser/ tworzą opowieść o poszukiwaniu miłości. Cztery samotne kobiety w knajpie marzą i tęsknią. Oczywiście przedmiotem tych marzeń i tęsknot jest mężczyzna, ale „ Cafe Luna” to także spektakl o kobiecej sile, wspólnocie o solidarności.
Jest klimatycznie, muzycznie, czasem śmiesznie i czasem gorzko, jak u Mistrza Almodovara.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
byłem kilka dni temu we Współczesnym w Warszawie - i z radością odkryłem, że nie używa się tam mikroportów. ja na prowincji już się do tego przyzwyczaiłem
„ Złe baśnie „
Wrocławski Teatr Pantomimy
Spektakl Marcina Libera powstał na podstawie zbioru „Żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli. Nieznane baśnie braci Grimm” w wyborze i przekładzie Elizy Pieciul-Karmińskiej i to ważny trop interpretacyjny. Przedstawienie odwołuje się bowiem do baśni, które nie są powszechnie znane i dalekie są od szczęśliwego zakończenia. Śmierć jest tu wszechobecna. Nie tylko śmierć, także okrucieństwo, perwersja, mroczne siły natury. Na scenie mamy szeroką gamę sadyzmu i powtarzający się motyw obciętych rąk jest tu najlepszym przykładem. Niczym komnata Sinobrodego ten świat ma pozostać przed nami ukryty, lecz sami dążymy uparcie , by go poznać.
Z okrucieństwem koresponduje strona wizyjna spektaklu. To świat z horroru, pogranicza snu, jawy i koszmaru, z wszystkimi rekwizytami filmów grozy. Scenografia Mirka Kaczmarka, łącząca brudną zakrzepłą krew z dawną bielą kafelek i choreografia Hashimotowiksa tworzą odrealnioną egzystencję. Jest to baśń, ale koszmarna, gdzie przemoc jest na porządku dziennym.
Objawieniem spektaklu jest dla mnie muzyka grana na żywo przez T H V N i/ i ambienty muzyczne Macieja Rzońcy. Ze „ Złych baśni” Libera wręcz emanuje energia, kupujemy tę estetykę i wizję świata bez zastrzeżeń, bo jest to być może przypomnienie tego, co wyparte, ukryte, zapomniane.
Świetny, energetyczny spektakl, będący powrotem do krainy dzieciństwa, która wcale nie była sielska i idylliczna, bo złe baśnie bez dobrych zakończeń czyhają wszędzie.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
Ciekawe jak ten spektakl oceni pani Eliza Pieciul-Karmińska walcząca ze stereotypem, że te Grimmy, perwersy, by tylko torturowały i mordowały w swoich bajkach.
No nie wiem. Akurat czytałem ten zbiór baśni i bardziej od makabry uderzył mnie w nim chyba absurd i groteska, takie jak w mojej ulubionej bajce "Jak dzieci bawiły się w świniobicie"
@bolevitch
Już ci mogę odpowiedzieć, że nie ma. W tomie "Żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli. Nieznane baśnie braci Grimm" są teksty niedostępne w wydaniu baśni, z którego korzystali polscy tłumacze, albo przynajmniej w wersjach, które nie były wcześniej tłumaczone na polski. W posłowiu możesz sobie o tym poczytać szczegółowo:
Mamy nowy rok, więc wypadałoby zacząć i rok teatralny. Na początek spektakl, który bardzo wysoko zawiesza poprzeczkę.
Uroczystość (adaptacja scenariusza Vinterberga i Rukova, na podstawie którego w 1998 roku powstał film ), reż. M. Bogajewska, Teatr Ludowy w Krakowie.
Małgorzata Bogajewska, odkąd zaczęła kierować Ludowym, wyciąga go z zapaści. Sama jest świetną reżyserką (sukcesy w Narodowym czy bardzo ceniony Płatonow w Śląskim) i zaprasza znanych twórców. Tym razem też pokazała klasę. Dwie i pół godziny wkręcania publiczności w koszmar rodziny Klingenfeldtów - brak przerwy (choć może być problemem technicznym dla widzów pozbawionych WC) bardzo pozytywnie wpływa na odbiór tej psychodramy. Tytułowa uroczystość (60. urodziny seniora rodu) odbywa się w doprowadzonej do komizmu oprawie: niezliczona obsługa kelnerska, fenomenalna concierge (Małgorzata Kochan) recytująca absurdalne składy potraw w stylu MasterChefa (w rodzaju: "karmelizowane płatki łososia pod kołderką z musu ślimaków w glazurze z pieczonych jabłek w towarzystwie sorbetu z foie gras posypanego pudrem z kandyzowanych trufli" - zastrzegam, tę nazwę sam teraz wymyśliłem, ale rozumiecie o co mi chodzi?), pianino, wiolonczela, śpiewaczka. Do tego towarzystwo, takie, jakie zna każdy z nas, wybierając się na podobne uroczystości. Z tym że wszyscy w fenomenalnych kostiumach (podobnie jak kelnerzy). I ten wspaniały fajerwerk na cześć ojca rodziny (świetny Piotr Pilitowski) zostaje najpierw tylko zakłócony przez syna Christiana (Piotr Franasowicz). Pozwala ojcu wybrać, którą przemowę odczyta: z zielonej czy żółtej kartki. Ojciec wybiera zieloną. Padają oskarżenia, które powinny zmieść z planszy wszystkich, którzy wiedzieli. Ale cała rodzina udaje, że nic się nie stało. Szalona impreza trwa dalej. Kolejny raz, i kolejny, i jeszcze jeden oskarżenia są ponawiane i rozszerzane. Aż wszyscy uwierzą, że szanowany Helge, nie kąpał się kilka razy dziennie, bo tak cenił czystość, ale dlatego że gwałcił swoje dzieci. Czy to był powód samobójczej śmierci siostry Christiana? Czy ewidentne problemy psychiczne Christiana wzięły się z tego? Ale poza tym głównym tematem jest kilka drobniejszych wątków ukazujących degrengoladę tej rodziny.
Osobny akapit muszę poświęcić postaci, o której wspominam tu od roku. Vitalik Havryla gra i tutaj, gościnnie. Przed zobaczeniem "Uroczystości" przeczytałem w jakiejś recenzji, że gra ten boski Vitalik, ale nie wykorzystano jego potencjału. No nie wiem, ale w moim odczuciu, jest wręcz przeciwnie. Havryla gra tam w zasadzie najmniej ważną postać: spóźnionego kolejnego chłopaka Helene, tymczasem skupia na sobie całą uwagę. Niecałe dwa lata po debiucie jest takim zwierzęciem scenicznym, że w każdej scenie jest widoczna jego elektryzująca obecność.
Bardzo udany spektakl, świetnie pokazujący pozory wspaniałej rodziny i jej rozkład dzięki zestawieniu absurdalnie snobistycznej oprawy z odrażającymi zachowaniami członków tej rodziny, bo to przecież nie tylko ojciec - pedofil, ale i matka, która wiedziała a nie reagowała, czy inni udający, że nie słyszą, co mówi Christian.
Pedał_w_szlafroku pisze: ↑14-12-2025 16:33:07
Jak rozumiem, chodzi ci o to, że Wach robi nam złą prasę. Ok, no to zastanówmy się. Czy osoby heteroseksualne korzystają z prostytutek? Czy uprawiają seks w większych układach niż 1+1? Czy wchodzą w zabawy typu BDSM? Czy korzystają z zabawek erotycznych? Czy wchodzą w układy typu findom? Czy lubią fetysze? Czy uprawiają chemsex? Na wszystkie pytanie odpowiedzi brzmią "tak".
Nie i tak.
Nie uważam, by Wach robił nam złą prasę.
Wach jest artystą i jako artysta może mieć jakie chce swoje artystyczne teatralne wizje. Teatr to teatr a życie to życie.
Tak. Hetero robią to wszystko, ale mało kto głosi, że to najlepszy model życia jaki powinien obowiązywać. Nadal bardziej promuje się monogamie i wierność, a nie swobodę i rozwiązłość.
Wach wszedł w próby do " Palacza zwłok " w Wałbrzychu, przypatrzę mu się uważnie. Premiera w marcu.
I już wiem, skąd Go znam. Z Walpurgiem byliśmy razem na " Operze za trzy grosze" Brechta w Starym Teatrze i on tam tańczył.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.
„ Lubiewo“
Wrocławski Teatr Współczesny
Spektakl duetu Jędrzej Piaskowski/ reżyseria/ i Hubert Sulima/ adaptacja powieści i dramaturg/ jest bardzo blisko prozy Michała Witkowskiego. Jest śmiesznie i strasznie jednocześnie, a dokładnie spod śmiechu, kampu i brokatu wydziera groza i tragedia.
To opowieść o życiu wrocławskich/ realia topograficzne są tu bardzo ważne/ „ ciot” daleko sprzed epoki tożsamości LGBTQ +. Zresztą zderzenie tych dwóch światów w przezabawnej scenie kończy się totalnym nieporozumieniem. To są dwa bieguny. Przeszłość i teraźniejszość dzielą wieki mentalnie, światopoglądowo i estetycznie. Ten spektakl scala przeciwieństwa : z jednej strony kicz, ikony gejowskie jak Anna Jantar czy Zdzisława Sośnicka, a z drugiej wstrząsające, mocne sceny, jak przesłuchanie Radwanickiej, historia Dżesiki czy śmierć Łucji Kąpielowej. Twórcy cały czas utrzymują równowagę. Jest tu przeszłość z żołnierzami radzieckimi i legitymacją partyjną, jest brak z którego cioty stworzyły sobie nadmiar i przesyt, jest gorzka współczesność i śmieszne i ironiczne ciotowskie obrzędowe dziady. Świat realny, dzisiejszy z wojną w Ukrainie i duchy umarłych, jak Hrabiny czy Łucji. Jest też dużo teatralnej butafory i fantastyczny język prozy Witkowskiego.
W funkcjonalnej scenografii Anny Marii Kaczmarskiej i Mikołaja Małka z nieśmiertelną meblościanką, reliktem epoki minionej, doskonali aktorzy Współczesnego ogrywają po kilka ról. Każdy ma swoją świetną partię solową. Powierzenie ról ciot aktorkom poszerza pole widzenia i kontekst.
„ Lubiewo” to także metateatr z Michaśką i pytaniem, czy ktoś kiedyś widział luja w teatrze ????
Świetne, odkrywcze przedstawienie do śmiechu i do wzruszu.
Es gibt ein Leben und ich lebe es . Romy Schneider.